Ruszyłam. Z Krakowa do Warszawy i dalej samolotem do Kijowa, w którym mam przesiadke do Pekinu. Lecę ukraińskimi liniami Aerosvit. Zdążyłam się już o nich nasłuchać. Jakie to są niewygodne i straszne. Cóż, były tanie. I mimo, że o "strasznych" liniach lotniczych poczytalam niemało u Kapuścińskiego, to jednak gdzie Krym (Kijów) gdzie Rzym (Kaukaz), nie mówiąc już o różnicy w mileniach.
Próbka do Kijowa minęła bardzo przyjemnie. Samolot malutki (przypadkiem usłyszałam, że leci ok. 100 osób), ale mimo to siedzenia wygodniejsze niż w naszych ukochanych europejskich aerobusach. Uderzyło mnie, choć po namyśle nie dziwiło, że wszystkie informacje podawane są w trzech językach (ukraiński, angielski i rosyjski). Mimo wcześniejszego zamówienia nie dostałam lunchu wegetarianskiego, a zwykły, ale to jedyny minus, jaki potrafię wskazać.
Kijowskie lotnisko także nie odbiegało od przyjętych powszechnie norm. Autobus szybciutko zawiózł mnie do centrum, a stamtąd metrem do hostelu. W przeciwieństwie do Warszawy, Kijów posiada trzy linie. Zachwyciło mnie ich położenie. Są niesamowicie głęboko! Znajdują się ok 105 metrów pod ziemią (dla porównania, metro paryskie jest na głębokości ok. 10 metrów). Na stację zjeżdża się superdługimi schodami i jestem pewna, że osoby z lękiem wysokości szczerze ich nienawidzą.
W Kijowie miałam dla siebie marne kilkanaście godzin. Poznanie miasta ograniczyło się więc do wieczornego spaceru i porannego zwiedzenia katedry św. Zofii. Spacer okazał się rewelacyjny. Letni wieczór i ja w otoczeniu przepięknych, cudownie oświetlonych, błękitnych monastyrów.
Na brukowanej ulicy, niegdyś zamieszkałej przez Bułhakowa, co i rusz przygrywał saksofon czy gitara, a na głównym socrealistycznym placu z głośników leciały radzieckie pieśni. Fontanny tańczyły w ich rytmie, a na wielkim ekranie na ścianie jednego z budynków leciały filmy o tematyce przypominającej wiece pierwszomajowe. Wytrwale wczytywałam się w bukwy, szczęśliwa gdy udało mi się zrozumieć dłuższą frazę. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o inscenizację popsowieckiego widowiska, Kijów spisał się na medal.

Następnego dnia rzeczywistość gwałtownie zbudziła mnie z tego romantycznego snu. W hostelu brak prądu, a podwórko zalane do poziomu powyżej kostek. Do momentu opuszczenia kraju pogoda wytrwale przygotowywała mnie na spotkanie z azjatycką porą deszczową. I tylko Św. Sofia lśniła jedenastowiecznym przepychem.
Uwaga o kijowskich zwierzętach: chylę czoła przed ich gustem. Jedyny bezdomny pies jakiego spotkałam (chudy, przerażony z podkulonym ogonem i odsłoniętą raną na zadzie), stołował się nie gdzie indziej, jak na śmietnisku przylegającym do domu Bułhakowa. Powieściowy Behemot zaś zadecydował, że najwygodniejszym miejscem na drzemkę jest sam środek hali lotniskowej. To się nazywa klasa.
Próbka do Kijowa minęła bardzo przyjemnie. Samolot malutki (przypadkiem usłyszałam, że leci ok. 100 osób), ale mimo to siedzenia wygodniejsze niż w naszych ukochanych europejskich aerobusach. Uderzyło mnie, choć po namyśle nie dziwiło, że wszystkie informacje podawane są w trzech językach (ukraiński, angielski i rosyjski). Mimo wcześniejszego zamówienia nie dostałam lunchu wegetarianskiego, a zwykły, ale to jedyny minus, jaki potrafię wskazać. Kijowskie lotnisko także nie odbiegało od przyjętych powszechnie norm. Autobus szybciutko zawiózł mnie do centrum, a stamtąd metrem do hostelu. W przeciwieństwie do Warszawy, Kijów posiada trzy linie. Zachwyciło mnie ich położenie. Są niesamowicie głęboko! Znajdują się ok 105 metrów pod ziemią (dla porównania, metro paryskie jest na głębokości ok. 10 metrów). Na stację zjeżdża się superdługimi schodami i jestem pewna, że osoby z lękiem wysokości szczerze ich nienawidzą.
Na brukowanej ulicy, niegdyś zamieszkałej przez Bułhakowa, co i rusz przygrywał saksofon czy gitara, a na głównym socrealistycznym placu z głośników leciały radzieckie pieśni. Fontanny tańczyły w ich rytmie, a na wielkim ekranie na ścianie jednego z budynków leciały filmy o tematyce przypominającej wiece pierwszomajowe. Wytrwale wczytywałam się w bukwy, szczęśliwa gdy udało mi się zrozumieć dłuższą frazę. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o inscenizację popsowieckiego widowiska, Kijów spisał się na medal.

Następnego dnia rzeczywistość gwałtownie zbudziła mnie z tego romantycznego snu. W hostelu brak prądu, a podwórko zalane do poziomu powyżej kostek. Do momentu opuszczenia kraju pogoda wytrwale przygotowywała mnie na spotkanie z azjatycką porą deszczową. I tylko Św. Sofia lśniła jedenastowiecznym przepychem.
Uwaga o kijowskich zwierzętach: chylę czoła przed ich gustem. Jedyny bezdomny pies jakiego spotkałam (chudy, przerażony z podkulonym ogonem i odsłoniętą raną na zadzie), stołował się nie gdzie indziej, jak na śmietnisku przylegającym do domu Bułhakowa. Powieściowy Behemot zaś zadecydował, że najwygodniejszym miejscem na drzemkę jest sam środek hali lotniskowej. To się nazywa klasa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz