Zapach chiński to coś, co znam od dawna. Tak pachnialo w pokoju mojej szanghajskiej koleżanki z wymiany w Paryżu. Nie znoszę go. ledwo wyszłam na płytę lotniska, momentalnie chciałam się cofnąć do samolotu. W starej, obskurnej hali przylotów jeszcze gorzej. Wtedy po raz pierwszy zebrało mi się na łzy. Po co mi to? Jestem zmęczona, brudna, a dookoła półtora miliarda chińskich ludków, które bez zbędnych uprzejmości pchają się do metra, nie znając zasad typu "najpierw się wychodzi", "ustąp starszym", czy "pomóż kobiecie z bagażem". Okazało się, ze w kolektywnym państwie chińskim każdy dba tylko o wygodę własnego tyłka.
I ludzie, jak oni jeżdżą! z 5 minut zajęło mi moje pierwsze przejście przez pekińską ulice. Możesz zapomnieć o tym, ze ktoś się zatrzyma, bo ty metr od niego jesteś na środku pasów. Czerwone światło? Żaden problem! może być nawet fioletowe. Co to za różnica? Oni mają kółka, oni rządzą. pisząc te notka jestem w Chinach ponad tydzień i trudno mi uwierzyć, ze nie widziałam żadnego wypadku.
Mieszkam w starym budynku w dzielnicy hutongow, dawnych pekińskiej uliczek z niskimi domkami z szarej cegły. dawniej podobno cały Pekin tak wyglądał. Jednak w ramach modernizacji kraju od roku 1949 były one skrzętnie wzburzone, ustępując miejsca znanym nam skądinąd blokowiskom. Dziś zostało ich już niewiele i szczęśliwie od paru lat znajdują się pod ochrona jako zabytki. część została zaadoptowana przez przemysł turystyczny, ale absolutnie nie wszystkie. większość to wciąż brudne, smierdzące szczynami nory, w których w dzień jest obrzydliwe, a w nocy strasznie.

Zwiedzilam trzy obowiązkowe miejsca UNESCO. Przeludnienie zakazane miasto, nie odznaczajaca się niczym szczególnym Świątynię nieba i rewelacyjny Pałac letni. w tym ostatnim wrażenie robi nie tylko rozległy park nad jeziorem i wysoka świątynia Buddy. To miejsce to przede wszystkim długi na ponad 700 metrów korytarz, którego belki i ścianki są w całości pomalowane w sceny z chińskich historii. Myślę, że do zapamiętania na zawsze.
Szczególne okazały sie okolice Pekinu położone nad jeziorami. małe mostki, kanaliki, tysiące rewelacyjnych knajpek na brzegach (świetne że względu na wystrój). udało mi się być tam w nocy. Był to chyba pierwszy moment gdy stwierdziłam, że lubię to miasto.
No i chiński mur. wybrałam się w miejsce bardziej oddalone od Pekinu dzięki czemu rozminelam się z miliardem Chińczyków. Tam gdzie się wybrałam bywały momenty zupełnego odosobnienia. Było rewelacyjnie. Trafiłam na idealna widoczność, krajobrazy były rewelacyjne. Sam mur okazał się weższy i niższy niż sądziłam, ale fakt, że kolejne wieże widziałam coraz to dalej i dalej, przebijał wszystko. idąc dalej i dalej, pojawiały się kolejne, niemajace końca, wieże straznicze. Wiem, że jest facet organizujący wielodniową wycieczki po nieodnowionej części muru (www.wildwall.com). Muszą być niepowtarzalne.Po czterech dniach pora na zmianę klimatu. Cel: Szanghaj


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz