W ramach przygotowań do podróży, przyszedł czas również na ten krok. Założenie bloga. Postaram się na nim w miarę regularnie opisywać doświadczenia mojej ponadmiesięcznej wyprawy do Azji wschodniej i południowo-wschodniej.
To pierwsza taka wyprawa w moim życiu. Do tej pory jeździłam, owszem, ale głównie po Europie, przypadkiem tylko zahaczając o Azję (Turcja) i Afrykę (Egipt, Tunezja). Tym razem zależało mi na czymś większym. Ukończyłam czwarty rok studiów, przede mną ostatni, magisterski, a w planach poradzenie sobie na rynku pracy. To być może ostatnie trzymiesięczne wakacje. Chciałam z nich wycisnąć jak najwięcej.
Na razie się udaje. Spędziłam z przyjaciółką rewelacyjny tydzień we włoskich Alpach, z chrześniaczką kilka dni w Amsterdamie i Eftelingu (polecam! Według mnie najlepszy park rozrywki w Europie) i tydzień z przyjacielem w Karkonoszach. W niedzielę jadę na kilka dni do Berlina, bo to wstyd, że Paryż, Londyn i Rzym zostały poznane od podszewki, a metropolia oddalona o 200 km pozostaje obca (do tej pory tylko dziecięce odwiedziny w zoo i na wieży telewizyjnej oraz nocna impreza sprzed trzech lat po lądowaniu z Portugalii). A potem pozostaną jedynie dwa dni na sprawdzenie plecaka i w drogę. Na wschód.
Plan podróży:
Wyruszam 12 sierpnia z Warszawy, po to żeby zaledwie po kilku godzinach znaleźć się w Kijowie, w którym spędzę 25 godzin w oczekiwaniu na samolot do Pekina. Planuję w nim spędzić kilka dni, po czym ruszyć na południowy zachód do Xi'anu (jeśli starczy czasu, to jeszcze dalej do Chengdu). Stamtąd obiorę kurs na wschód i przerażę się monumentalnością Szanghaju, a chwilę później po przekroczeniu granicy z Hong Kongiem pożegnam się z chińską ziemią. Stamtąd 26 sierpnia łapię samolot do Singapuru i z niego liznę odrobiny Malezji. 6 września z Kuala Lumpur przelecę do Bangkoku i dziesięciodniowym pobytem w Tajlandii zakończę swoją azjatycką przygodę.
Plan powstał trochę przypadkiem w skutek nieporozumień rodzinnych. Miało być gdzie indziej, inaczej, ostatecznie wyszło w ten sposób. Bo bezpieczniej, bo bez wizy, bo akurat tego dnia był tani lot. Powody przypadkowe, nieuporządkowane, według zasady, że wszędzie jest ciekawie. Szczegóły wyklarują się w biegu.
Pozostaje mi zaprosić was do lektury i kibicowania. Postaram się uaktualniać bloga tak często jak tylko się da, choć możliwe, że na zdjęcia trzeba będzie poczekać do powrotu. Nie biorę laptopa, a ze światem będę się kontaktowała przez smartfona, co utrudni tak pisanie, jak i aspekt wizualny. Pewnie się jeszcze odezwę przed startem. Póki co ruszam do bezpiecznych, znanych Niemiec, gdzie najbardziej ma mnie przerazić groza muzeum żydowskiego. Buziaki
Witamy w blogosferze i czekamy na więcej :)
OdpowiedzUsuń